Pora na urlop, a więc na rower! Ustaliłem trasę, zarezerwowałem noclegi, sprawdziłem stan techniczny
roweru i w drogę...
Łódź, Zawoja, Grywałd, Bardejov, Gładyszów, Łódź. Ogółem przejechane 1246 km.
04.08.2007 z Łodzi do Zawoi. Trasa: Radogoszcz Wsch., Pabianice, Bełchatów, Kamieńsk,
Radomsko, Gidle, Garnek, Św. Anna, Ogrodzieniec, Olkusz, Trzebinia, Chrzanów, Zator, Wadowice,
Białka, Zawoja(Bębny Górne).
Start nastąpił o godzinie 01:00, a licznik zaczął odmierzać przejechane metry i kilometry począwszy od
telewizora, przy którym parkuje Weltourek. Moje miasto było pogrążone w nocnej ciszy, a zaspane
samochody sporadycznie mijały mnie bądź wyprzedzały na trasie. Noc była ciepła i bezwietrzna. O szarówce
znalazłem się gdzieś za Radomskiem. Droga była zamknięta z powodu remontu mostu nad jakąś strugą. Nie
było rady. Weltourka zarzuciłem na ramię i przeszedłem teren budowy lawirując między maszynami i
barakowozami. Dalej było już przejezdnie.. Mimo, że zawartość plecaka była ograniczona do bolesnego
minimum z czasem zacząłem odczuwać jego obecność. Po drodze, w małych miejscowościach w nozdrza
uderzał zapach chleba z nocnego wypieku co przypominało mi o konieczności jedzenia. Pierwszą bułkę
zjadłem w Gidlach. Po drodze to, co przyciągnęło moją uwagę rejestrował aparat foto. W Janowie zatrzymałem
się , aby obejrzeć pałac i dwór oraz sfotografować pomnik Naczelnika Kościuszki, którego postać coraz
częściej pojawiała się na trasie. Lubię fotografować pomniki z podobizną T.K., kształt jego nosa przechodzi w
nich przedziwne przemiany . W Mrzygłodzie, na rynku napotkałem dość swobodnie przystrojony pomnik
poświęcony powstańcom. Teren powoli zaczyna się wznosić. Dojeżdżam do Olkusza. Podjazd, a potem hop,w
dół do miasta. Plączę się trochę po rynku. Sympatyczna olkuszanka robi mi fotę pod postacią zakutą w zbroję.
Nie ma czasu, trzeba jechać dalej. Podróżujących rowerzystow jak dotąd nie spotkałem.
Za Wadowicami pozdrawiają mnie jadący z przeciwka szosowcy. Ruch samochodowy jest tu znaczny, ale nie
ma problemów. Mijam kilka kolumn pieszych. To pielgrzymii.
Skręcam na 20 minut do Suchej Beskidzkiej do bankomatu i do sklepu na drożdżówkę z wodą mineralną.
Telefonuje Pani Maria z Zawoi z pytaniem kiedy dojadę. Jestem już blisko, ok. 30 km. W Białce skręcam w
prawo na drogę 957. Uff, niby już blisko, coraz bliżej, ale droga się dłuzy i czuję zmęczenie. Przejeżdżam przez
wieś Skawicę i jest Zawoja, ale moja kwatera prawie na końcu Zawoi. Tu mam spotkać sie z przyjaciółmi Anią i
Arturem, którzy wraz z córką obiecali dojechać samochodem 5 sierpnia. Niestety, awaria ich samochodu na
trasie powoduje, że muszą być odholowani do Łodzi i w ten sposób nie zobaczyliśmy się w Zawoi.Zawoja po
324 km. Tu trzy noclegi i zwiedzanie rowerem okolicy (90 km), fotografowanie.
07.08.2007 z Zawoi do Grywałdu. Trasa: Zawoja, Jabłonka, Czarny Dunajec, Nw. Targ, Grywałd.
Wyruszam kiedy letnicy śpią jeszcze. Wjeżdżam na przełęcz Krowiarki (988 m). Podczas podjazdu telefon od
Ani i wiadomości o ich perypetiach podróżnych i o tym, że kiedy już spałem oni dotarli 6 sierpnia, późnym
wieczoremna kwaterę. Sapię nieco do mikrofonu komórki... Nie zatrzymuję się na przełeczy. Zjazd jest długi, a
asfalt czasem z lekkim poprzecznym garbem, co nie jest przyjemne przy dużej prędkości. Gdzieś w połowie
Zubrzycy widzę przed sobą dwie pedałujące postaci. To dwóch bikerów w kellysowych strojach.
Ten na trekkingu obładowany sakwami ostro deptał za kolegą z małym plecaczkiem jadącym na góralu.
Zaproponowali zmiany. OK, tak dojechaliśmy prawie do Jabłonki. Przed Jabłonką jest lekkie wzniesienie i tam
dałem dyla pod górkę i do przodu. Na skrzyzowaniu obejrzałem się, ale kolegów nie było widać więc skręt w
prawo , a potem w lewo i po lekkich fałdkach na prostej pomknąłem ku Czarnemu Dunajcowi. Teren się
wkrotce wypłaszczył. Paliły promienie słoneczne i powiewał lekki wiatr. W Cz. Dunajcu, w sklepie przed
mostem chwila postoju na dwie bułki jagodzianki. Przejazd przez Nw. Targ, Waksmund i powoli znów teren
zaczyna się fałdować i jest trochę podjazdów. Mijam Dębno i Szlembark, a po prawej stronie drogi już widać
zalew czorsztyński. Tuż za Kluszkowicami przełęcz Snożka (653 m) i zjaaazd, Krośnica i w lewo pod górkę do
Grywałdu(Podzagonie) po 86 km ( tu trzy noclegi). Bardzo fajna kwatera. Świetnie gotująca Pani Krystyna i
niezwykle kontaktowa, sypiąca opowieściami jej Teściowa. Biore prysznic, zmieniam ciuchy na piesze i robię
obchód Grywałdu.
08.08.2007 wyruszam rowerkiem do Czorsztyna i Niedzicy, a stamtąd na słowacką stronę. Nad okolicą królują
Trzy Korony. Droga nr 543 i szybciutko widzę Cerveny Klastor. Grupa duńskich piechurów fotografuje
się na tle mostu nad Dunajcem. Korzystam z uprzejmości jednego z nich i też mam fotę na moście. Rzeką
ciągle płyną tratwy pełne turystów. Dojeżdżam do zabudowań klasztoru, kilka fot, krótka wizyta w muzeum i
w drogę do przejścia granicznego w Szczawnicy. Wieś Vel. Lipnik i skręcam w lewo, ostro pod górę. Podjazd
ma 12% nachylenie, aż gęba mi się sama śmieje. Słońce pali w lewy policzek, korbą obracam równym
rytmem(39/21 i 39/23), staram się też równo sapać i Weltourek wkrótce wynosi mnie na Lesnicke Sedlo
(720m).Piękny widok. Szybciutko trzy foty panoramy, wycieram spływający mi do oczu pot, trzy łyki z bidonu i
wiooo w dół do Lesnicy.....Bzyyyk i wpadam na tabuny turystów. W tę i z powrotem maszerują zastępy
harcerzy i skautów z proporcami na wysokich drzewcach, obładowani ogromniastymi plecakami jak tragarze
podażający za himalaistami na Mt.Everest. Porykują jakieś pieśni podnoszące ich na duchu, po Dunajcu
przemykają tratwy.
Brrr, do przodu i napotykam korek na przejściu granicznym. Strażnik mechanicznie ogląda dokumenty i do
każdego mówi: - Do widzenia! Teraz na drodze rowerowej lawiruję między pieszymi i rowerzystami. Nagle
słyszę: -Cześć!, to wyprzedza mnie szosowiec. Odpowiadam na pozdrowienie. Teraz Szczawnica, Krościenko i
do bazy w Grywałdzie (64 km). Dziewiąty sierpnia spędzam na pieszej wędrówce w okolicy Białego Potoku i
Pod Tylką. Ładne widoki z góry na Krościenko.
10.08.2007 Jadę do Gładyszowa. Trasa: Grywałd, Szczawnica, Velky Lipnik, Hniezdne, Bardejov,
Konieczna, Gładyszów. Jest po drodze kilka podjazdów, ale teren nie prawia kłopotu. Czasem tylko asfalt jest
bardzo chropowaty. Oznakowani dobre. Zatrzymuję się w poblizu pzejścia granicznego w Leluchowie, aby
uzupełnić zapas wody. W pierwszym sklepie nie chce mi sie czekać, aż rodacy okupią się w wódeczności i
końskie maści. W nastepnym kupuję minerałkę i napełniam bidony. W Bardejov snuję się trochę po starówce,
ale nadciągają chmurska i zaczyna kropić. Trzeba jechać. Teraz przez Becherov do Koniecznej. Przekraczam
granicę, opróżniam mały bidon i tnę prosto przez Zdynię do Gładyszowa. Już jestem w krainie Łemków.
Pyszna droga. Kilka razy w górę i w dół. Lubię taką jazdę. Skręcam wreszcie do Gładyszowa i po trzech
kilometrach jestem na końcu asfaltowej drogi. Agro "Pod Lasem" (131 km). To tutaj będę nocować.
Prysznic, rozpakowanie plecaka i idę buszować z aparatem foto po Gładyszowie. Cerkiew, cmentarz, kapliczki,
krzyże i jak to na tych ziemiach blednąca tablica o "utrwalaniu". Wracam na kwaterę. Pani Helena pichci obiad
dla letników. Zapachy zniewalające. Zamawiam na kolenejne dni obiady na godzine 18:00. Tymczasem
zadowalam sie bułkami i pyszną wiejską kiełbasą z miejcowego sklepu. Popijam Wysowianką. Śpię przy
otwartych oknach. Na tle cemnego nieba jszcze ciemnej rysuje sę pobliskie wzgórze, a nad nim połyskuje Mała
Niedźwiedzica.
11.08.2007 zawieszam na szyi aparat i dosiadam Weltourka. Trasa: Gładyszów,
Smerekowec, Skwirtne, Kwiatoń, Ujście Gorlickie, Klimkówka, Ropa, Łosie, Bielanka, Leszczyny,
Kunkowa, Kwiatoń i do Gładyszowa (76 km). W Bielace Muzeum Rzemiosła Łemkowskiego jest zamknięte
z powodu remontu, którego nie widac. Robię zdjęcia przez szybę w oknie. Niezły zjazd w kierunku Ujścia
Gorlickiego. W Leszczynach pod cerkwią spotykam parę bikerów z Wrocławia. Pstrykają mi fotę. W Kunkowej
cerkiew i ciekawostka: w drewnianym domku Mała Szkoła im. Jacka Kuronia.
Oczywiście spóźniam sie na obiad. Wpadam zdyszany i zlany potem, a obiad pożeram w ekspresowym tempie.
12.08.2007 jadę taką trasą: Gładyszów, Ujście Gorlickie, Hańczowa, Wysowa, Blechnarka, powrót do
Ujścia G., Czarna, Brunary Wyżne, Bogdanówka, Korcówka, Klimkówka i przez Ujśćie do Gładyszowa( 85
km). W Wysowej Zdr. słucham i oglądam wstepujące tam zepoły ludowe.
13.08.2007 pogoda nie zpowiada się zbyt obiecująco. Gromadzą się ciemne chmury. Przed domem
czyszczę i smaruje napęd. Kiedy jednak nieco się rozjaśnia zarzucam na ramiona plecak i pieszo wędruję do Krzywej.
Po drodze obżeram się malinami i jeżynami. W Krzywej bezruch. Nagle powracaja czarne chmury, zaczynają walić
pioruny, z nieba spadają kaskady wody. Chronię się najpierw pod okapem nieczynnego kiosku, a potem pod
dachem drewnianego przystanku autobusowego. Czekam, aż ulewa przedzie na tyle, aby wracać nie płynąc.
Smętnie popatruję na przejeżdżające samochody i z nudów dojadam resztę ryżowych krążków. Wreszcie na tyle
przestaje padać, że postanawiam wracać. Wędrówkę do pobliskiego Wołowca odpuszczam. Trudno...
Wyprzedzający mnie samochód zatrzymuje się, a kierowca pyta czy podwieźć mnie w miejce dla mnie
dogodne. Korzystam z propozycji. Jak to miło daleko od domu napotkać uprzejmego łodzianina :)
Tego dnia nie spóźniłem się na obiad.
Eh, ten Beskid. Za krótko tu byłem, ale wrócę tu jeszcze...
Powrót, 14.08.2007. Trasa: Gładyszów, Ujście Gorl., Ropa, Grybów, Gromnik, Zakliczyn, Melsztyn,
Doły, Dębno, Brzesko, Górka, Kazimierza Wlk., Skalbmierz, Działoszyce, Jędrzejów, Nagłowice,
Włoszczowa, Przygłów, Srock, Łódź . Wyruszam o godzinie 02:30. Niebo jest czarne, ale deszczowe chmury
jeszcze bardziej czarne. Wszyscy śpią, nawet psy się nie awanturują. W Ropie zaczyna padać, a moje buty jak
gąbka chłoną deszczówkę. Będą suche dopiero za Jędrzejowem kiedy wysuszy je słoneczne ciepło i nieustannie
wiejący wiatr z kierunku zachodniego. Na stacji benzynowej przed Nagłowicami dłuższy postój na jedzonko, a
potem jeszcze krótko na dwie jagodzianki i coca-colę we Włoszczowej, pod sklepem przy rondzie . O zmroku
dojeżdżam do DK 1 i zaczyna się seria mocnych wrażeń podczas jazdy obok sznurów TIRów. Droga jest na
bardzo długim odcinku w remoncie, pobocze nie oznakowane i w dodatku wygryzione frezarką. Korzystam
trochę z chodników, tam gdzie są i trochę z odnowionej, ale jeszcze nie włączonej do ruchu części drogi. W
jakimś momencie wpadam na płytę betonową i leżę pod Weltourkiem. Szybkie oględziny: nic nam nie jest. Jadę
dalej. Jakmś cudem dojeżdżam do Piotrkowa. Obwodnica po prawej stronie, ja jadę na wprost od centrum.
Błąd! Ulica jest także w totalnym remoncie i już po ok. 500 metrach wpadam z całym impetem w pryzmę
żwiru. Prawa noga wypięta, lewa w zatrzasku. Szybko się zbieram z pozycji leżącej bo okolica mało ciekawa i
zawracam do obwodnicy, a potem wjeżdżam do cetnrum. Przejeżdżając przez miasto oglądam jego kryminalne
oblicze. Jak naszybciej do DK1 ! Jest Srock. Jeszczet trochę i szeroka jezdnia z poboczem. Świała latarń.
I oto Łódź. Pustymi ulicami dojeżdżam do domu (390 km). fotorelacja

yo, bike! po Beskidzie Niskim sierpień 2007